Medalistka wyszła z tunelu. I radzi: niech Poznań postawi na wiosła!

...

Natalia Mazur 2012-08-19, ostatnia aktualizacja 2012-08-20 17:38:43.0

- Niech Poznań rozpocznie turystykę wioślarską. Bo jeśli Poznań się nie zdecyduje, to pierwsza zrobi to Bydgoszcz lub Kraków. Już są zakusy - mówi Julia Michalska, wioślarka, brązowa medalistka z Londynu w rozmowie z Natalią Mazur.

 

Julia Michalska (wysoka, szczupła, jasne włosy, bose stopy) stoi na podium. Prezydent Ryszard Grobelny (wysoki, z wąsem, sportowa marynarka w kratę) wiesza jej na szyi złoty medal. Michalska, z Arianą Borkowską, wygrała wyścig Wioślarskich Mistrzostw Polski Seniorów, wiosłowały po Malcie. Teraz Julia, rozpromieniona, krąży po zielonym dywanie przy trybunach, rozdaje uśmiechy, rozmawia z trenerem, z telewizją, z radiem. Opowiada o londyńskim sukcesie, o tym, jak z Magdaleną Fularczyk zdobywały brąz. Zauważa mnie, podchodzi, serdecznie klepie w ramię. Rozmowa aktualna, oczywiście, choć za chwilę olimpijka musi lecieć do Londynu na zamknięcie igrzysk. Proponuje: - Proszę iść pod hangar, ja tam zaraz dopłynę.

Natalia Mazur: Masz jakiś talizman na szczęście?

Julia Michalska: W tym roku w Londynie były ze mną trzy porcelanowe słoniki: srebrny, kolorowy i szary. Jednego dała mi mama Magdy [Magdaleny Fularczyk- red.], drugiego siostrzenice, trzeciego Ilona Mokronowska [wioślarka, wicemistrzyni świata, mistrzyni Europy - red.]. Schowałyśmy je w łódce, w pokrowcu od licznika. Od słoników jednak ważniejszy był tunel, który sobie stworzyłam.

Tunel?

- Jedni mówią, że to kierat, a ja mówię: tunel. Przed zawodami wchodzę w tunel pod tytułem "będę najlepsza". I wszystko się temu podporządkowuje. A ja wyciszam się, trenuję, myślę pozytywnie, nie daję się w żaden sposób rozkojarzyć. Nastawiam się tylko na Magdę i na siebie.

To trudne?

- Podczas igrzysk inne polskie osady, czyli inne łódki, przegrywają. Jest nam przykro, ale mi nie wolno o tym myśleć. Super, gdybyśmy tworzyły taką grupę jak Brytyjczycy: dziewięć medali na trzynaście osad, z czego cztery złote. Brytyjski wioślarz myśli: oni awansowali, to ja też mogę, w końcu szkolę się tak samo. Nasza kadra na razie tego komfortu nie ma, siłę trzeba znaleźć w sobie.

Jaki masz sposób?

- Odcinam się od złych emocji. Zastanawiam się na przykład, czy odebrać telefon od dziennikarza, czy też jest to osoba, która mnie zdenerwuje. Byłam w tym tunelu, w tym przekonaniu, że nic się nie może wydarzyć, kiedy Madzi przydarzyła się kontuzja. Ale wiedziałam, że z tej kontuzji wyjdziemy.

Często mówisz o Magdzie, o łączącej was więzi. Tymczasem w TVN mama Magdy mówiła, że między wami przyjaźni nie ma.

- Naprawdę? Jeżeli coś takiego mówi najbliższa Magdzie osoba, to znaczy, że coś jest nie tak... (Julia wyraźnie smutnieje). Owszem przez te wszystkie lata były między nami różne spory, nawet nie pamiętam jakie, które zresztą zawsze wyjaśniałyśmy. Ja w każdym razie cały czas wierzę w przyjaźń z Magdą. Nie zdobyłybyśmy brązu w Londynie, gdyby nie przyjaźń. Ja też wylewam mojej mamie żale, a Magda pewnie swojej. Nasze mamy słyszą te negatywy i dopingują, byśmy wytrwały. Mówią: "Dasz radę, ona jest taka, ty jesteś taka, ale jednak dogrywacie się w łodzi". Oczyszczone, budujemy swoją relację od nowa.

Ty jesteś optymistką, a Magda...

- Magda często w siebie wątpi, a ja uważam, że niesłusznie. To, że w siebie uwierzyła, to wielkie osiągnięcie. Czuję, że to ja jej w tym pomogłam i jestem z siebie bardzo zadowolona. W jej rękach, jak długo ten stan utrzyma. Cały czas bombardowałam ją optymizmem. Magda tego nie cierpiała, uciekała ode mnie, doszło do tego, że przestałyśmy ze sobą mieszkać. A ja powtarzałam uparcie: wierzę w ciebie. Nie wierząc w ciebie, zwątpię w siebie, a tego nie chcę. Do stolika podchodzi starszy pan. Dziękuje Julii za Londyn, składa gratulacje. Wioślarka ściska mu dłoń. Widać, że bardzo mocno.

Na ile pomyślność zależy od łódki?

- My zawsze z Magdą powtarzamy, że ile damy łódce, tyle ona nam odda w torze. Bardzo mocno o nią dbamy, przecieramy po każdym treningu, przeglądamy, wymieniamy śrubki. Łódka jest trwała, wytrzymała, ale gnie się pod zawodnika. Złoci medaliści olimpijscy z 2000 i 2004 roku, Robert Sycz i Tomasz Kucharski, jak dostali nową, sztywną łódkę, to nie mogli się na niej odnaleźć. I na zawodach zawsze wracali do starej. Ja mam ogromny sentyment do swoich łódek, dbam o nie, czyszczę. Największy do tej, dzięki której zaczęła się cała moja przygoda z Magdą w dwójce w kadrze narodowej.

Jak to było?

- W 2009 roku jechałyśmy z Magdą na Puchar Świata do Monachium. Kadra nie chciała nam dać łódki, mówiąc, że nie zasługujemy, bo jeszcze nic sobą nie udowodniłyśmy. Trzy dni przed startem łódkę pożyczył nam producent. No i my te zawody z cyklu Pucharu Świata wygrałyśmy. Gdyby nam się nie powiodło, trener szukałby lepszych składów, a wtedy mogłybyśmy nie zdobyć medalu w Londynie. Jak przypomniałam o tym w Londynie producentowi naszej łódki, to się popłakał.

Potem jeszcze dostałaś łódkę od Urzędu Miasta. Trafiła na stałe do twojego klubu, Trytona Poznań. Ma wypisane inicjały M.F., na pamiątkę zmarłego prezydenta Frankiewicza. A inne łódki jakie noszą imiona?

- Rzeczywiście, w klubach nadaje się imiona łódkom, u nas jednak tego zwyczaju nie ma. Wyjątkiem - oprócz M.F. - jest Jubilatka, kupiona w tym roku z okazji stulecia klubu. Służy zawodnikom w Rogoźnie. Mam nadzieję, że znajdą się sponsorzy kolejnych łódek i wtedy - jak będziemy łódki kupowali - to z chęcią będziemy je też nazywać, czy to nazwami firm, czy imieniem i nazwiskiem ofiarodawcy.

Taka łódka to duży wydatek?

- Nowa jedynka kosztuje ok. 50 tys. zł. Ale ja nie mówię, że ci sponsorzy mają tylko dawać pieniądze. Chodzi o to, by wraz z nami tworzyli klub, korzystali z tego, że jesteśmy nad Wartą, przysyłali dzieci, a sami pływali w sekcji turystycznej. Z tego zresztą skorzystać mogą wszyscy poznaniacy.

Trzeba chyba mieć warunki, umiejętności.

- Trzeba mieć pasję w sercu. Wszystkiego można się nauczyć, nie ma problemu. Dziś podeszła do mnie pewna pani w okolicy sześćdziesiątki, poprosiła o wspólne zdjęcie. Mówi, że jest niesamowicie podekscytowana, bo dopiero co zaczęła wiosłować, a już startuje w Mistrzostwach Polski Weteranów. W każdym wieku można zacząć. Ja zaczęłam jako czternastolatka, ale mam koleżankę z Holandii, która zaczęła wiosłować w wieku 29 lat. Wcześniej trenowała co innego, a w wieku 39 lat zdobyła złoty medal olimpijski.

A jeśli ktoś chce pływać turystycznie?

- Musi się najpierw nauczyć. Ale spokojnie, my go nauczymy. Najpierw w łódce wieloosobowej, bo to jest łatwiejsze i pozwala nabrać pewności siebie. Oczywiście na początku będzie pływał w kapoku. Ja też pływałam w kapoku.

Chciałabyś Wartę zamienić w Tamizę?

- Przechodzę kiedyś przez most nad Tamizą i uszom nie wierzę... Wioślarz? Wiosło obracające się w dulce robi specyficzny hałas. Patrzę: ciemno, zupełnie ciemno, a oni tam płyną, normalnie, z latarkami na głowach. Jasne, że chciałabym coś takiego w Poznaniu zobaczyć, może niekoniecznie w nocy. W Niemczech, we Francji, łódki tak płyną, że na wąskich jak Warta korytach wiosła uderzają jedno w drugie. Pewnie moda na wioślarstwo kiedyś do nas przyjdzie. Tylko dlaczego dopiero za jakiś czas, skoro może teraz? Słyszałam, że były takie pomysły, by w Poznaniu zainstalować w 2000 roku wi-fi. Wtedy nikt nie wiedział, co to w ogóle jest. Poznań mógł być pierwszym miastem z wolnym dostępem do sieci, gdyby oczywiście zainwestował. Niech więc Poznań rozpocznie turystykę wioślarską. Bo jeśli Poznań się nie zdecyduje, to pierwsza zrobi to Bydgoszcz lub Kraków. Już są zakusy. Julia uśmiecha się i kłania komuś za moimi plecami.

Ale co by się musiało stać?

- Wystarczy dbać o tereny nad Wartą, urządzać ścieżki rowerowe, spacerowe, biegowe. Przyciągać nad rzekę ludzi. Ktoś będzie przechodził, zobaczy: o, coś się dzieje w przystani, łódki schodzą na wodę. Zajrzy, może spróbuje. A idealnie byłoby, gdyby nad Wartą powstała marina. W Poznaniu za mostem Hetmańskim już jest zielono, jakby człowiek nagle znalazł się na wakacjach. Przepływa pod mostem kolejowym, czasem w wielkim hałasie, bo pociąg przejeżdża, jest adrenalinka i jest pięknie. Trzeba się tylko dogadać z wędkarzami, sama zerwałam kilka spławików (śmiech ). Po godzinie takiego wiosłowania wracam do domu odnowiona.

Jak daleko jest w stanie dopłynąć zwykły turysta?

- Z okazji stulecia klubu przepłyniemy z prądem 100 km w dwa dni. W sobotę 1 września popłyniemy z Poznania do Obornik, po przerwie - do Obrzycka. Po noclegu w pałacu, w niedzielę popłyniemy do Sierakowa. Wrócimy do Poznania busami. Zapraszam, są jeszcze wolne miejsca, wszystkie informacje na stronie klubu.

Będziecie jeszcze startować z Magdą?

- To już pytanie do trenera Marcina Witkowskiego. To on wyselekcjonuje najlepsze osoby na kolejne igrzyska w Rio i on zadecyduje, w jakich konfiguracjach popłyną.

Kiedyś zapowiadałaś, że chciałabyś w przyszłości robić coś dla dzieci. Niepełnosprawnych albo tych z domu dziecka.

- Dzięki temu, że zdobyłam medal, wiem, że odpowiednie instytucje się do mnie odezwą. Najważniejsze, by wybrać tę najlepszą. Na razie działam w Drużynie Szpiku, propaguję oddawanie szpiku. Koledzy, byli wioślarze, piszą mi SMS-y: oddałem wszystko, co mogłem. To jest cudowne. Ja też, jak zakończę karierę, zapiszę się do banku. Może niektórzy już teraz komentują: "Łe, tak mówisz o tym oddawaniu szpiku, a sama jeszcze nie jesteś w banku".

A nie jesteś bo?

Chcę się spełnić jako sportowiec. Jeśli będę złotym sportowcem, medalistką igrzysk olimpijskich, to więcej osób się mną zainteresuje, więcej pieniędzy będzie można zdobyć i więcej przekazać potrzebującym.

A o swoich dzieciach, swoim domu, już myślisz?

- Chcę na pewno, by był on otwarty. Dzwoni rodzina, znajomi: "Będziemy jutro". Odpowiadam: "Okej, nie ma problemu". Mam trójkę starszego rodzeństwa, liczne kuzynostwo i dobrze mi z tym. Marzy mi się duża rodzina, ale nic nie planuję, żeby nie zapeszać. Jak będzie, to będzie.

Podobno stroje kadry olimpijskiej bardzo się spodobały wioślarkom.

- To dlatego, że w tym roku było nas sześć. Cztery lata temu byłam jedyną dziewczyną w kadrze. I jak te rzeczy przyszły, to się pokazałam raz czy dwa, i tyle. W tym roku, kiedy przyszły rzeczy, przygotowywałyśmy się właśnie w Wałczu do igrzysk. Z dziewczynami, jak to z dziewczynami: mierzenie i radość. To fajne, to niefajne, to trzeba zwęzić, to wypuścić. Takie kobiece gadanie. Krawcowe przyjechały, co trzeba przerobiły. Rzeczy były ładne, naprawdę. Tylko w wiosce olimpijskiej panie z pralni miały duży problem, bo farbowały. Szybko zorientowały się, że jak przychodzą polskie rzeczy, to trzeba specjalną szmatkę kupioną w Tesco wrzucić do prania. Szmatka zapobiegała farbowaniu. Bez niej kadra byłaby czerwono-różowa.

Lubisz zakupy?

- W Poznaniu ciężko znaleźć cokolwiek pasującego do mojej figury. Niełatwo o ładną sukienkę zasłaniającą ramiona. Rozmiar stopy 41 nie jest przecież ogromny, jak na dzisiejsze czasy, a i tak wśród butów prawie nie ma wyboru. A najtrudniej kupić spodnie: opinają lub wręcz pękają na udach, a na biodrach mam zapas. To zmartwienie wszystkich wioślarek. Zakupów nie lubię, męczą mnie, zabierają czas.

A na co go poświęcasz, poza wiosłowaniem?

- Na ergometr, siłownię, bieganie, jeżdżenie na nartach biegowych. O, właśnie! Zimą tereny nad Wartą to świetne miejsce na biegówki. Trzeba by tylko trochę grunt wyrównać. Nieraz biegałam od mostu do mostu, naprawdę super, superzabawa. Tylko niech śnieg spadnie.

Jeść lubisz?

- Uwielbiam! Zjem wszystko oprócz owoców morza. Po zawodach zawsze mocno chudnę, czas więc nieco się zregenerować. Ostatnio pochłaniam duże ilości chleba czosnkowego.

A książki?

- Z książkami jestem na bakier, choć chciałabym, by to się zmieniło. Gdybym miała czas, usiadłabym sobie przy muzyce i czytała. Lubię muzykę klasyczną, filmową.

Ulubione filmy?

- "Mamma Mia" na pewno, "Dirty Dancing", "Grease" przede wszystkim, "Flashdance", "Fame"...

Musicale! Tańczysz?

- Nie tańczę.

Ale lubisz taniec?

- Chciałabym pójść i się wyszaleć, chciałabym nauczyć się tańczyć. Wyobrażam sobie, że jadę z narzeczonym na Kubę, jesteśmy na jakimś rynku, wszyscy tańczą i nas też uczą. Chciałabym też skoczyć ze spadochronem. Nie raz, nie dwa. I więcej jeździć konno.

Od tego zaczynałaś.

Jako dziecko uprawiałam jeździectwo, spędzałam z końmi mnóstwo czasu, potrafiłam nawet zasnąć w boksie. Do mojej podstawówki, tej z czerwonej cegły, na Garbarach, przyszedł trener i zapytał, czy ktoś chce trenować wioślarstwo. Zgłosiłam się. Ze skórzanego siodła na drewniany wózek się przesiadłam, bo my w łódkach mamy wózki, które jeżdżą w szynach. Zamiast wodzy mam wiosła. I sprawia mi to ogromną radość. Dobra decyzja, prawda?